Strona 1 z 5  > >>

Konie do sprzedania

Już niedługo w ofercie nowe konie na sprzedaż - wałachy, klacze i źrebięta obu płci.

Zapraszamy!

20.07.2017
Więcej...
Hubertus w Żurawiejce

12 października 2013 r. odbył się tradycyjny Hubertus. Tym razem tematem przewodnim było hasło "Dziki Zachód".

Zdjęcia już w naszej galerii; zapraszamy też serdecznie na sytronę "Kuriera Lubelskiego", którego reporterzy również brali udział w zabawie. Był wyjazd w teren, szukanie lisa i pogoń za lisem - lisa znalazła Natalia, a dogoniła - Magda.

 

A tutaj link do artykułu w "Kurierze Lubelskim": "Dziki Zachód na dzikim wschodzie"

30.10.2013
Więcej...
Nasze Pieseły...

- strona łódzkiej Fundacji SOS-Amstaffy: www.sos-amstaffy.pl
- forum amstaff-pitbull: amstaff-pitbull.eu
- wątek Hobięcia i Hary na forum amstaff-pitbull: Kastuś brat Bastusia

           RONIN

rasy akita inu, przybył do nas w maju 2011 r. Miał wtedy 4 lata, a został nam przekazany przez Fundację „Akity w Potrzebie”, której bardzo serdecznie dziękujemy, zwłaszcz

a za zaufanie, jakim zostaliśmy obdarzeni. Z perspektywy czasu śmiało możemy stwierdzić, ż

e był to „strzał w dziesiątkę” - to pies po prostu idealny!

Spodziewaliśmy się „klasycznego akity”; trochę nieufnego, średnio aktywnego, niekoniecznie kochającego obcych ludzi i zdecydowanie nie kochającego

obcych psów i innych zwierzaków. Trochę obawialiśmy się też, że będzie miał silny instynkt łowiecki i tendencje do samotnego zwiedzania okolicy.

No i się „srodze zawiedliśmy”. To wesoła, dynamiczna psina, lubiąca ludzi (sobie znanych, nieznanych bacznie obserwuje). Nie jest agresywny wobec innych obcych psów (także samców), chociaż nie uważa ich od razu za kumpli. Z Hobięciem zawarł dozgonną przyjaźń, jedzą i śpią razem, iskają sobie futerka i razem jeżdżą na samochodowe wycieczki.

Ronin zwany także Kudłatym nie włóczy się, jest doskonałym stróżem domu i okolicy dzięki silnemu instynktowi terytorialnemu, oraz nie usiłuje polować na dziką zwierzynę (ani też na domową), co nas bardzo cieszy. W ramach kompromisu zezwoliliśmy na dokonywanie eksterminacji myszy i nornic, w czym Kudłaty jest mistrzem i nauczył tego też Hobiego. Koty uznał za gatunek w naszym domu dominujący (i słusznie), więc podchodzi do nich z szacunkiem i pozwala na wyjadanie co lepszych kąsków z własnej miski...

Za jedną z jego największych zalet uważamy to, że jest absolutnie i stuprocentowo pewny w reakcjach i nie ma możliwości, żeby kogoś lub coś zaatakował bez „rozkazu”. A że rozkazów takich nie wydajemy – to pies jest zwyczajnie bezpieczny dla otoczenia. Nie ma szans, żeby kogoś ugryzł; jeśli nie wie co zrobić z wiszącym mu na szyi obcym wielbicielem, to po prostu czeka, aż mu go zdejmiemy. Sam – nigdy, przenigdy nie podejmie tak poważnej decyzji – bo to należy do nas.

Oczywiście mieszka w domu, a cały dzień drepcze po swoich hektarach, pilnując, doglądając inwentarza i towarzysząc pańciowi w codziennych pracach. Nie mieszka w żadnym kojcu, bo zamknięty i odizolowany od świata akita traci całą swoją osobowość i może stać się niebezpieczny – z braku zajęcia, ruchu i umysłowych wyzwań, wymyśla sobie świat i swoje w nim miejsce...

 

Podsumowując – mamy świetnego psa, ale włożyliśmy w jego ułożenie sporo pracy i nieźle się nagłówkowaliśmy, żeby nie popełnić rażących błędów i zwyczajnie psa „nie zepsuć”. Ten pies jest wychowany, nie wytresowany – to duża różnica.

Akity japońskie to trudna i wymagająca rasa niezależnych psów, wyhodowanych m. in. do polowań na niedźwiedzie. To daje do myślenia – i powinno, zwłaszcza, gdy ktoś zamierza takiego psa nabyć. Cóż, akita to taki pies, tylko... bardziej... Ze wszystkimi tego konsekwencjami.




                                                       

                                                        SABISHII

Sabishii to nasz drugi pies rasy akita inu.Po jakimś czasie od adoptowania Ronina podjęliśmy decyzję o adopcji kolejnego akity i zgłosiliśmy się po raz drugi do Fundacji Akity w Potrzebie. I tam na nas czekał Sabishii. Jako pies sprawdzony i znany miał wielu fanów i kilkakrotnie miał "zaklepany" już nowy dom - ale zawsze coś musiało przeszkodzić. Jakieś losowe zdarzenia, dziwne zbiegi okoliczności. Wyszło na to, że Sabishii na nas czekał. I sam sobie dom wybrał... Pojechaliśmy, przywieźliśmy - i mamy psa. Hara go polubiła od pierwszego wejrzenia, Ronin od drugiego, a Hobięcie... No cóż, Hobięcie postanowił nowego zjeść. Konsumpcja miała odbyć się natychmiast, na miejscu i bez pozostawienia choćby resztek futra jako materiału na bambosze. Przewidując powyższe, Hobięcie wyposażony został uprzednio w kaganiec, kolczatkę, porządną smycz i dodatkowo łańcuszek na szyi. Opłaciło się i Sabishii zachował całość futrzanej osoby, pańciostwo Hobięcia natomiast nieco ogłuchli od wściekłego ryku ulubieńca oraz stracili nieco skóry z dłoni podczas przytrzymywania w/w na skórzanej smyczy bez solidnych rękawic ochronnych. Popołudnie i wieczór upłynął pańciostwu na trenowaniu szybkości w rzucie własnym ciałem na odległość, aby wyprzedzić Hobięcie i osłonić Sabishiiego przed atakiem kolegi.


Ów popatrywał na szalejący żywioł nieco baranim wzrokiem, jest bowiem psem filozoficznie nastawionym do życia, nie szukającym zaczepek i - był - wręcz panicznie unikającym rzeczy, które go niepokoją. W taką panikę wpadł, gdy został zaprowadzony do pustej stajni - sam zapach koni wpędził go w stan bliski histerii. Biedny Sabishii miotał się i szarpał na smyczy, usiłując uciec, ale się nie dało... Powoli zrozumiał, że jeśli idzie z nami, to nic mu się nie stanie, uznał, że go obronimy przed każdym niebezpieczeństwem, ale szarpać się nie ma sensu, bo to nic nie daje. Okazało się, że z pańciostwem można bezpiecznie wejść do stajni nawet, jeśli są tam okropne potwory czyli konie. Wielkie takie i dużo ich... A pańciostwa się słuchają, że hej! - to pewnie i jemu nic nie zrobią. Po paru dniach pętał się już normalnie, jak wszystkie nasze psy, pod końskimi nogami, wyżerając ze smakiem strużyny z werkowanych kopyt. Puste w ciągu dnia stajnie też są interesujące, bo można znaleźć tam zniesione w sianie kurze jajko, albo upolowaną przez kota mysz... Hobięcie po trzech dniach został jego najlepszym przyjacielem, bo zawsze jest pewny siebie i kiedy zarządził bandycki napad na psiego gościa, to w Sabishii`im obudził się pies bojowy, całkiem zdolny...


Dopiero po paru miesiącach pobytu u nas "rozpakował walizki" - mamy wrażenie, że oczekiwał na kolejną zmianę domu, więc nie chciał się do końca z nami wiązać emocjonalnie. Poza tym trafił w dość nietypowe miejsce i to też go trochę przytłaczało; dynamiczne psy-rezydenci i wielka liczba różnych innych zwierząt, z którymi musiał się jakoś dogadać i nie obyło się bez straty w drobiu płetwiastym... Miał także tendencję do odbywania samotnych wycieczek krajoznawczych, czyli do zwykłego włóczęgostwa, uciekł nam kilka razy ale zdołaliśmy go zawrócić tuż koło domu. Pomysły takie powoli wietrzeją mu z głowy, wygląda na to, że ostatecznie stracił zainteresowanie wycieczkami, gdy nieopatrznie pobiegł sobie na zimowy wybieg klaczy, które urządziły mu  gonitwę, że hej! Wydaje się też, że "odpuścił" na tyle, że nasze psy go w końcu polubiły. Przez parę miesięcy akceptowały jego obecność i nie starały się go wygonić, ale np. nie pozwalały mu biegać. Teraz biega sobie z nimi, czasem poszczekując, i nawet pozwalają mu na zabawę rzucanymi przez nas patykami.


Sabishii, podobnie jak Kudłaty - szczeka bardzo rzadko, za to coraz częściej wyje, zwłaszcza, gdy jest  z czegoś bardzo zadowolony. Zaczął też prowadzać nas "za rękę" tak, jak to robi Kudłaty, potrafi się także szeroko uśmiechać otwartym pyskiem, mamrocząc coś pod nosem. Pięknie umie też wytańczyć "akitowe kółeczka", zaś swoich dwunożnych usiłuje często i starannie wylizać po twarzach. Lubi, kiedy psy iskają mu futerko, a ostatnio sam zaczął się nieśmiało odwzajemniać. Okazało się, że jest bardzo uczuciowy i szuka z nami kontaktu - ot, żeby się poprzytulać, pańcia poiskać, albo choć poleżeć na pańciowym kapciu... Sypia, jak wszystkie psy, z nami w sypialni, z tym, że spanie na kocyku jest dla Sabishii`ego zbyt mainstreamowe - on sypia na gołej podłodze, podkreślając tym samym swoją inność. Taki to z niego niezależny i niezwykły pies... Bardzo go polubiliśmy i nie przeszkadza nam, że w sumie jest taki... trochę... babciowaty...? W końcu był jednak sprytny i nie dał się nikomu innemu adoptować!


HOBBIT

dla znajomych Hobo, zwany też Hobięciem lub Dużym Łysym Żółtym Psem – w zależności od naszego humoru. Przybył w sierpniu 2011 r., jako czteromiesięczny, kłapciaty szczeniak. Przyjechał z Łodzi, przekazany nam przez fundację „SOS amstaff” ratującą psy typu bull. Bardzo dziękujemy, pies jest super! I również dziękujemy za zaufanie, bo nie zawsze dobry dom okazuje się do końca dobry... Zwłaszcza dla psów TTB, uznawanych za „niebezpieczne”, „agresywne”, „niepewne” itp. itd... I Hobo też bywa niebezpieczny – bo może zalizać na śmierć!

 

Jak wszystkie nasze zwierzaki – mieszka razem z nami w domu. Hobo to najprawdopodobniej mix amstaffa i pitbulla, duży, bardzo silny i ogromnie sprawny fizycznie. Umięśnienia, jakie zdołał sobie wyrobić, nie powstydziłby się nawet gladiator; psinka składa się wyłącznie z żylastych mięśni, ścięgien, skóry oraz... uszu. Ma wielki łeb i wielką paszczę, pełną ostrych zębów. Kiedy szczeka basem – to szklanki w szafce dzwonią, a kiedy warczy to kisną ziemniaki w piwnicy – ze strachu... Musieliśmy mu kupić kaganiec (potrzebny mu, jak rybie rower), bo weci się go jakoś tak bali.


I ma też wieeelkie psie serce, w którym zmieścił się cały świat; i my, i Ronin, i reszta psów i wszystkie nasze koty, kury i nawet jeż, zimujący w łazience. I szczur Myszkin też, i naturalnie wszyscy ludzie, bo są bardzo fajni, więc Hobo uwielbia ludzi i huczne imprezy. Jest zupełnie inny niż Ronin – i fizycznie i psychicznie. Może dlatego tak się lubią...?

 

Ronin jest cichutki i delikatny – Hobięcie lubi szczekać, bo lubi brzmienie swojego głosu, zaś delikatny jest jak walec drogowy i o takim też wdzięku. Ronin jest czujny i uważny, Hobo ma co prawda słuch jak nietoperz, ale dopiero jak się go obudzi, potrząsaniem i pokrzykiwaniem, inne rzeczy nie działają, ewentualnie można polać go wodą. Obaj kochają ludzi, tylko, że Hobo demonstruje uczucie usiłując usiąść gościom na kolanach lub – jeśli siedzą np. na ziemi na kocu – właduje się całą swoją żółtą osobą gościowi na plecki. Nie widzi w tym nic złego – przecież taki fajny ludź przyjechał, to go trzeba ukochać. I koniecznie wylizać! Jako typowy bullowaty słabiej odczuwa ból, więc uszy ma ciągle w strupkach i bliznach, bo on nie czuje, że szczeniak żuje właśnie jego ucho... Mimo iż de facto jest łysy, nie przeszkadza mu na zimowych spacerach minus dwadzieścia pięć, bo pozostaje w bezustannym ruchu, rozgrzewając się od środka. Jest dynamiczny, gwałtowny w reakcjach, bywa też uparty. Nie boi się absolutnie niczego i nikogo, ale to wcale nie znaczy, że jest bezkarny i samowolny. Jest absolutnie nieagresywny wobec innych zwierząt (miewa za to problemy z kontaktami z obcymi psami), a ludzi kocha. Jest bardzo posłuszny i bystry, szybko się uczy i nigdy nie zapomina tego, co już umie.

Cóż, może i nad Hobięciem unosi się zawsze dyskretny odorek starego, przepoconego, wełnianego beretu, do tego chrapie, puszcza bąki i śmierdzą mu stopy... A i tak nie zamienilibyśmy go na innego za żadne skarby świata!

 

Hobo jest już dorosły i możemy śmiało powiedzieć, że udało nam się wychować bulla idealnego – wewnętrznie prostego jak odcinek, o nieskomplikowanej psychice, bez żadnych fobii, lęków i problemów. Psa radosnego, łagodnego, grzecznego i miłego dla wszystkich, absolutnie bezpiecznego dla innych i pozbawionego agresji. Bo takie właśnie są bullowate, może niełatwe w układaniu, może wymagające włożenia w wychowanie większej ilości energii oraz cierpliwości – ale to się opłaca. Bo – jak mawiają znawcy rasy – „on nie chce cię zjeść, on się przecież do ciebie uśmiecha!” Ale jeśli ktoś nie jest w stanie dostrzec tej subtelnej różnicy – niech nabędzie raczej psa o mniej twardym charakterze; już zbyt wiele TTB kończy życie zastrzykiem śmierci „bo to głupi pies był”. A mogło być zupełnie inaczej.




HARA

Hara jest damą. Stuprocentową. Nie lubi deszczu, błota ani wiatru. Nie przepada też za hałasem. Lubi koty – bo mięciutkie, ciepły piec i swoje kocyki, w których może się zagrzebać i podrzemać. Ale kocha też biegać, tarmosić patyki, zakopywać się w sianie w stajni razem z ukochanym swoim Hobięciem, „pomagać” przy koniach, plącząc im się niemiłosiernie pod nogami, pilnować domu i oczywiście uwielbia ludzi. Bo jest amstaffem – i to takim „klasycznym”, tj. „dziko” pręgowanym, niewysokim, masywnym, o szerokiej klatce piersiowej i z kopiowanymi uszami. Z wyglądu przypomina krzyżówkę diabła tasmańskiego z embrionem tyranozaura; zgodnie z kanonami amstaffiej urody jest więc niezwykle piękna...

Nie wiemy, ile ma lat, prawdopodobnie ok. 7. Przyjechała do nas aż.... z Gdyni! A raczej to my pojechaliśmy po nią, przemierzając w obie strony ponad 1.300 km... I było warto, bo Hara jest taka, jaką nam ją opisano: łagodna, serdeczna i absolutnie nieagresywna. Przynosi nam rano kapcie do łóżka, podczas głaskania i miziania wzdycha jak parowóz i z uwielbieniem mruży oczęta, szanuje nasze zwierzęta, zwłaszcza koty – a niektóre bardzo lubi z wzajemnością, i nigdy, przenigdy nie zrobi krzywdy ani nam, ani żadnemu z naszych zwierzaków, bo nas (małych i dużych) uważa za swoją najbliższą rodzinę. Jest posłuszna i ogromnie się cieszy, gdy na wołanie przybiegnie pierwsza, ładnie chodzi na smyczy, jeździ autem – taki pies całkowicie bezproblemowy! Bardzo więc jesteśmy wdzięczni wszystkim życzliwym i zaangażowanym osobom z forum „Amstaff-pitbull", dzięki którym Hara jest naszym psem. Zwłaszcza DT Hary z Gdyni!

To kolejny świetny „pies znikąd” , którego wcześniejszych losów możemy się wszyscy tylko domyślać; wydaje się, że była psem „mieszkaniowym”, z miasta i bloku, może z pseudohodowli, bo na pewno jednak miała w życiu wiele szczeniąt... Nie wiadomo, czy ją wyrzucono, czy się zgubiła, ale zgubić się raczej nie mogła – tak bardzo pilnuje swoich ludzi i domu, że to wydaje się niemożliwe.

W listopadzie Hara, prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, wyhodowała sobie zimowe „futro”, jako że bardzo dużo czasu spędza na świeżym powietrzu. Faktem porastania włosiem była nieco zdumiona i swędziało ją wszystko, od uszu po czubek ogona – czochrała się więc namiętnie o wszystko i wszystkich. „Futro” wreszcie wyrosło, więc psina ma spokój.

Ze wszystkimi psami od razu stworzyła podwaliny zgodnej koegzystencji, przy misce ustępuje zarówno Roninowi jak i Hobięciu, nie prowokuje bójek i nie uczestniczy w potyczkach „słownych” pomiędzy psami – raczej rozładuje zwarzoną atmosferkę przynosząc zabawkę lub patyczek, które usilnie próbuje wcisnąć w rozdarty pysk kolegi, wesoło i poczciwie merdając ogonem.

Została też „dziewczyną szefa” tj. Hobięcia (Hobo sam się mianował szefem sfory, dobrze, że Kudłaty o tym nie wie). Ze względów tzw. obiektywnych związek może realizować się jedynie na płaszczyźnie platonicznej, co zakochanym wcale nie przeszkadza; wydaje się, że Hobięciu doskonale wystarcza prężenie muskułów przed ukochaną, osłanianie jej własnym ciałem przed drapieżnym kaczorem, czyli bohaterskie wystawianie własnego zadka na dziobnięcia, oraz organizowanie wolnego czasu tj. wspólnego kopania pułapek na pańciów czyli głębokich dziur w ziemi, penetrowania zaułków gospodarstwa, śledzenia kur (jajko!), obgryzania patyków, czatowania na schodkach, bo może ktoś wreszcie litościwie wpuści „biedne” łysole do domu oraz – co jest bardzo ważne – czynności „społeczne” czyli iskanie futerek, wylizywanie uszu, przytulanki, zakopywanie się w sianie w stajni, bo zimno, chóralne chrapanie w domu przy rozgrzanym piecu itp. jak również podnoszenie wrzasku pt. „ALARM, obcy w pobliżu!!!”. W tym ostatnim celuje Hara, jest bardzo czujna, głosem umarłego na nogi postawi, a i Hobięcie ma wreszcie kto obudzić...


Hara do nas wszystkich pasuje, jest zgodnym, wesołym i oddanym psem. Jest bystra, chociaż wydaje się czasem, że „jest nie z tej bajki”, to jednak trzeba przyznać, że przystosowuje się błyskawicznie do naszego trybu i stylu życia, doskonale znajdując dla siebie tzw. „miejsce”. Od Ronina uczy się zachowań terytorialnych i właściwej oceny sytuacji, od Hobięcia nieustępliwości w działaniu i odwagi. To świetne połączenie wszystkiego, co najlepsze w psach, mających zajęcie i sporo swobody. Jest pilnym i chętnym uczniem, bo to wszystko jest zgodne z jej predyspozycjami i charakterem. Co dzień odkrywa swoje nowe możliwości i z nich korzysta, teraz jest ciekawska i samodzielna oraz bardzo ruchliwa. Powoli staje się też twarda, jak nasze psy – nie tylko z charakteru ale też już zupełnie inaczej wygląda – ma stalowe mięśnie, nie męczy się byle czym i ma ładną, zgrabną sylwetkę.


Jak to mówią - „żeby mieć dobrego psa, to się trzeba wysilić...” Nic dodać, nic ująć.




                        KIRI

Kiri trafiła do nas przypadkiem... W lutym 2014 r. otrzymaliśmy telefon z Fundacji Akity w Potrzebie, że w schronisku dla psów w Nowodworze koło Piask, czyli w naszym województwie, tkwi sześcioletnia akita amerykańska. Pojechałyśmy i przywiozłyśmy do nas, jako do Domu Tymczasowego... I tak wyszło, że jest nasza... Jakoś nie mogliśmy się z nią rozstać. Prawda jest taka, że ta psina to chodząca łagodność i miłość do świata, nawet Hobięcie nie próbował jej pożreć. Reszta kawalerów z psiego stadka też pokochała ją od pierwszego wejrzenia. Natomiast Hara nieco mniej. Jako jedyna suka pomiędzy trzema psami – była do tej pory traktowana przez nie jak księżniczka. Ale Kiri nie zna się na żartach i zachowania, które tolerowały psy - dla niej były nie do przyjęcia. Doszło więc do paru sprzeczek i obie dzielne suki powyrywały sobie nieco kudłów, ale potem się dogadały i zapanował pokój.

Kiri to pies rasowy, hodowlany. Widać, że wielokrotnie rodziła szczenięta. Prawdopodobnie całe życie spędziła w kojcu, którego szczerze nienawidziła i z którego w końcu się uwolniła. Wiemy to stąd, że biedny pies cierpi na klaustrofobię połączoną z lękiem separacyjnym. Dodatkowo przebywanie w niedużych, wybetonowanych pomieszczeniach powoduje u niej ataki paniki i dramatyczne próby ucieczki. Być może z tego powodu nikt jej nie szukał... I dobrze. Bo to jedyne jej problemy życiowe. I powoli, z czasem mijają, w miarę jak rośnie w niej pewność, że jest przez nas kochana, że jest u siebie i nic złego jej już nie spotka... Że w końcu nie jest na świecie sama, że ma psy, koty i nawet jeśli na godzinę znikniemy – to na pewno do niej wrócimy.

Poza tym Kiri jest przemiła dla ludzi, a zwłaszcza dla dzieci, dla których gotowa jest spędzić wiele godzin na wdzięczeniu się, dzieci mogą ją głaskać i m
iziać do woli, a miętoszenie i obcałowywanie wręcz uwielbia. Żadne psy, niezależnie od płci, wieku, kalibru i rasy nie są jej wrogami – jeśli są niemiłe, Kiri je wyniośle zignoruje. Pozostałe psy lubi. Podobnie jak polubiła wszystkie nasze koty i nigdy nawet nie próbowała żadnemu zrobić krzywdy, ani nawet żadnego pogonić. Jest bardzo inteligentna i chętnie z nami współpracuje; nie uczyliśmy jej chodzenia na smyczy (nie umiała), ale sama pojęła, o co chodzi! A jak pięknie podaje łapę! Okazało się, że jest świetnym myśliwym, i, razem zresztą psów i paroma kotami, poluje na myszy i szczury, czyli na szkodniki. I doskonale wie, że to nie są „nasze domowe zwierzęta”.

Trochę nieśmiała i bardzo wrażliwa, jest cichym, spokojnym, łagodnym - choć wesołym i pełnym wigoru psem. Uwielbia bawić się z Roninem i Hobięciem w „szarpanego” i „gonionego”. Nosi patyki, kopie dziury i zawsze jest uśmiechnięta. Aż dziwne, że kiedy do nas trafiła – nie umiała się bawić w ogóle. Ani z ludźmi, ani z psami...

A ja po raz piąty – bo mamy pięć psów „z odzysku” - zastanawiam się, dlacz
ego tak piękne i mądre psy, o tak wspaniałych charakterach, rasowe – więc pewnie i drogie – lądują w schroniskach... Ale może to i lepiej, niż miałyby gnić w swoich kojcach rodząc kolejne pokolenia potencjalnych „psów do adopcji”.

Bardzo dziękujemy Kierownikowi i fajnym opiekunom psów w schronisku w Nowodworze za życzliwość, a szczególnie za przekonanie, że przekazując psa Fundacji – robią najlepsze, co mogą dla tego psa zrobić.

„Kiri” po japońsku znaczy „Mgła”. To imię bardzo do niej pasuje :)



                   Ichi

Ichi jest naszym gwiazdkowym prezentem przełomu 2014 i 2015 roku. Ponieważ przybył, a raczej został przez nas i do nas  przywieziony dokładnie 31 grudnia 2014 r. wieczorem. Dwa tygodnie wcześniej koczował przez kilka dni w rowie przy szosie w okolicy Piask - prawdopodobnie został wyrzucony z samochodu, więc czekał... na pana... "Pan" się oczywiście nie zjawił, ale za to zjawił się Dobry Człowiek, który zgłosił psa Fundacji Akity w Potrzebie, i jednocześnie powiadomił schronisko dla psów w pobliskim Krzesimowie. Po dwutygodniowej kwarantannie w schronisku psisko trafiło do nas, do Domu Tymczasowego, gdzie miał oczekiwać na swój własny, stały dom. A przy okazji trochę się ucywilizować, bo straszny był z niego burak...

Prawdopodobnie całe swoje czteroletnie zaledwie życie spędził w kojcu, więc niewiele o świecie  wiedział. Nie umiał chodzić na smyczy - spacery z nim można było śmiało zaliczyć do sportów ekstremalnych, bowiem utrzymanie go na lince było zadaniem dla zawodnika MMA. Z furią rzucał się na nasze koty, jeżeli jakieś spotkał na spacerze, więc trzeba było mieć oczy dookoła głowy, gorzej, że obcych ludzi traktował podobnie. Psinka gabaryty ma słuszne i mimo, że był chudy, to 45 kg szarżującej kupy futra jednak robiło wrażenie, nawet na nas. Po mniej więcej trzech tygodniach walki z żywiołem Ichi - bo takie otrzymał w międzyczasie imię - nieco się uspokoił. Wtłaczane do włochatej głowiny zasady postępowania wreszcie puściły korzonki i się przyjęły na tyle, że postanowiliśmy go nieco zaprzyjaźnić z naszą skromną sforą. Okazało się, że Ichi jest psem stadnym, inne psy nie tylko toleruje, ale też bardzo je lubi! I tak jakoś, z czasem, Ichi zamieszkał z nami w domu... Z racji postury Ichi`ego, nawet jadowity z natury Hobięcie, uszanował rozmiar psa, z jakim musiałby się zmierzyć i szybciutko zaakceptował nowego domownika. Koty, zgodnie z panującymi w naszym domu zasadami, potraktował z należnym im szacunkiem. Pomysły na pogonienia kota przeszły mu definitywnie, kiedy podczas pierwszej wizyty w domu oblazło go 9 kotów, oglądających nowego psa z wielkim zainteresowaniem. Uznał widać, że ich za dużo, żeby wyłapać wszystkie, poza tym coś one się wcale nie boją, to może jakieś bardzo drapieżne...?

Ponieważ zżyliśmy się już z Ichi`m bardzo, a on z nami i resztą "stada", porzuciliśmy myśl o oddawaniu go do adopcji i zaproponowaliśmy Fundacji, że sami go zaadoptujemy.

Tak więc jest to nasz kolejny, szósty już pies: Ichi, rasy akita inu długowłosy, maści czerwonej, waga 50 kg - i nie jest to jego ostatnie słowo! Ichi okazał się być psem bardzo wesołym, choć zrównoważonym, odważnym i twardym psychicznie. Jest posłuszny i grzeczny, choć miewa własne zdanie, np. na temat obcych ludzi (obcych dla Ichi`ego), których, o zgrozo, wpuszczamy za bramę. Według Ichi`ego jest to proceder naganny, jeszcze co ukradną albo coś, więc Ichi "obcych" pilnuje, choć nie zaczepia. Ale biada każdemu, kto chciałby wtargnąć na nasz teren bez naszego przyzwolenia: Ichi się nie zawaha i będzie bronił domu i rodziny do ostatniego tchu. A że za sobą ma paru kumpli, którym takich rzeczy dwa razy powtarzać nie trzeba, to, jak wiadomo - i Herkules zupa, kiedy psów kupa...

Kudłaty, czyli Ronin, mianował się psem-przewodnikiem dla Ichi`ego i z zacięciem naucza go różnych potrzebnych i ważnych w życiu psa rzeczy, jak np. skutecznego sępienia kanapek, cieszenia się z jazdy samochodem w pozycji "wiatr we włoskach", wycia z radości, prowadzania pańcia za rękę z radosnym buczeniem itp. Hobięcie nauczył Ichi`ego wygryzania weszek i prawidłowego grożenia obcym (ludziom i psom), zaś Sabishii - czujności. Od Hary nauczył się, że z miski zjada się wszystko, bo inaczej Hara posprząta... Nad życiem codziennym sfory czuwa Kiri, którą szanują wszyscy, nawet Hobięcie.

Nigdy nie zdarzyło się, aby Ichi był niemiły dla któregokolwiek z naszych psów lub kotów, albo też drobiu, że o pańciostwie nie wspomnę. Nie broni miski, zaakceptował różne czynności, które się przy nim wykonuje - np. wycieranie łap, szczotkowanie (a jest co!), czyszczenie uszu itp. Umie chodzić grzecznie na smyczy, toleruje kaganiec itd. To normalny, duży, fajny pies, choć na początku takim się nie wydawał. Oczywiście do ideału jeszcze mu troszkę brakuje, ale popracujemy nad tym, jesteśmy
i tak zdumieni, jak szybko się uczy i jak łatwo akceptuje nowe zasady.

Ulubioną rozrywką Ichi`ego jest tarzanie się z Kiri i Kudłatym po ziemi, z szarpaniem za futro i dzikimi warkotami, przy czym im bardziej nim poniewierają, tym bardziej jest zachwycony. Nie jest jednak nadmiernie ruchliwym psem, lubi sobie leżeć w strategicznym punkcie podwórka i obserwo
wać otoczenie. Na dworze nigdy nie śpi, ani nie drzemie, to robi tylko w domu - w sypialni, bo tam się przecież śpi.
Ichi jest też sportowcem, osiągnął mistrzostwo świata w leżeniu w cieniu na czas...


Kto i dlaczego pozbył się w okrutny i obrzydliwy sposób tak wspaniałego psa, pozostanie dla nas zagadką, której nie zamierzamy rozwiązywać. Cieszymy się, że jest z nami - a on ci
eszy się, że ma swoją własną, liczną rodzinę.

Ichi po japońsku znaczy "Jeden". 

"Jeden za wszystkich - wszyscy za Jednego!"


          Zgredek


Pies „rasy kundel” z domieszką Jack Russel Teriera, wcale nie taki mały, bo waży prawie 16 kilogramów. Wygląda na to, że ma w życiu dużo szczęścia: miał skończyć żywot zatłuczony łopatą kącie podwórza, a znalazł dom, nieustająco Dom Tymczasowy – ale jednak dom. Zawdzięcza to akicie, z którym mieszkał u pewnych ludzi, a którzy chcieli oddać akitę wyłącznie „w zestawie” ze Zgredkiem. Akita znalazł dom szybko, a Zgredek umila nam życie od czerwca 2015 roku, choć miał pomieszkać z nami jakiś tydzień. Imię „Zgredek” otrzymał od p.o. pańcia, bo poprzedni właściciele dość długo zastanawiali się, jak ich pies ma właściwie na imię…

O takim jak on mawia się „wredny pies”, i Zgredek jest typowym wrednym psem. Bo takim uczynili go ludzie, którzy wzięli szczeniaka, a oddali po dwóch latach potwora. Tego psa nikt od dawna, albo i nigdy, nie dotykał w normalny sposób, na porządku dziennym był kij i łomot. A Zgredek charakter ma, więc poniewierać się nie dawał, tylko gryzł jak wściekły. Działało, więc szaleńczą agresję uznał za jedyny sposób reagowania na coś, co mu się nie podoba, czego się boi albo czego nie rozumie. Staramy się zatem wdrażać Zgredkowi kilka zasad:

1. nikt go nie skrzywdzi znienacka i bez powodu - świat jest przewidywalny i prosty,

2. na świecie są rzeczy dobre i złe,

3. zawsze wiadomo co jest dobre a co złe,

4. za rzeczy dobre jest nagroda, za złe - kara,

5. od zasady nr 4 nie ma wyjątków, więc nie ma o co się kłócić. Lepiej dostać parówkę niż kapciem.

Osiągnęliśmy sukces: Zgredek prawie przestał próbować nas gryźć. „Prawie” - bo zdarza mu się reagować agresywnie, ale nie używa już zębów, „tylko” warczy. Mamy nadzieję, że mu przejdzie i to…

 Pod pancerzykiem „wrednego psa” tkwi bowiem świetny materiał na uniwersalnego psa-towarzysza. Zgredek jest piekielnie bystry i błyskawicznie oraz chętnie się uczy: umie podawać obie łapy, siadać, aportować, można by rzec, że jest najbardziej wykształcony z całego naszego psiego stadka! Jest na tyle mały, że poręczny w transporcie, zaś na tyle duży, że nadaje się na psa obronnego – to nie żart, on ma obronę właściciela w naturze i nie odpuści agresorowi, prędzej zginie w obronie pana, a użytek z zębów robić umie doskonale. Jest czujny jak rosomak, więc byłby doskonałym stróżem, zaś krótkimi łapkami przebiera tak zgrabnie, że mógłby komuś towarzyszyć przy rowerze lub podczas biegania.

Ale cóż – nikt go nie chce, i powoli zdajemy sobie sprawę, że raczej innego domu nie znajdzie. Nawet już zdążyliśmy się ze Zgredkiem zżyć, bez niego dom byłby jakiś taki pusty. Zaś Zgredek nas pokochał, zwłaszcza p.o. pańcia, który jest dla niego czymś w rodzaju guru i bóstwa. Bóstwo jest przez Zgredka czczone wygryzaniem weszek, patrzeniem w oczy i namiętnym wylizywaniem wszelkich dostępnych części ciała, pakowaniem się na kolanka i rozkosznymi pokabrzuszkami.

Zgredek uzurpuje sobie też prawo bycia w centrum wydarzeń, więc nic nie może się odbywać bez jego udziału – ani odkurzanie warczącym odkurzaczem, ani układanie w szafie, przyrządzanie kanapki ani też szczotkowanie Ichi`ego. Bywa zatem nieco upierdliwy, bo bez przerwy próbuje dreptać za każdym z nas, najbardziej chciałby być w dwóch miejscach naraz, albo jeszcze lepiej w trzech. Na szczęście działa stanowcza odmowa i Zgredek się odczepia. Sypia w klatce kennelowej ustawionej w naszej sypialni, którą kocha i traktuje jak swój osobisty kawałek świata. Bywa uciesznie, bo Harze też się jego klatka nadzwyczaj podoba, więc wypycha go z jego włości i zajmuje ją sama, czasem z kilkoma kotami. Zgredek jest wtedy bardzo zdenerwowany i sfrustrowany, popiskuje, prowadzi nas do klatki, żeby pokazać „O, co mi zrobili! Jak tak można!”. I czatuje przy wejściu, aż dzicy lokatorzy się wyprowadzą.

Pozostałe pieseły na razie Zgredka nie zeżarły, co jest niezwykłe samo w sobie, zaś koty ów pokochał i je szanuje.

I tak sobie żyjemy razem ze Zgredkiem - wrednym psem, który miał szczęście.